fbpx

ASOT 850 Gliwice: Przeżyjmy to jeszcze raz! (RELACJA)

Kiedy w październiku ubiegłego roku informacja o organizacja ASOTA w Polsce obiegła cały internet znów żyłem w oczekiwaniu na wielkie wydarzenie na naszej polskiej ziemi. Holenderska organizacja Alda Events wraz z naszą ekipą z TME podjęła się wyzwania zorganizowania kolejnego okrągłego epizodu legendarnej już audycji A State Of Trance, nikogo innego jak samego Armina van Buurena. 

Wybór padł na Gliwice i nowoczesną halę widowiskowo-sportową, która do użytku miała być oddana zaledwie na niespełna miesiąc przed imprezą. Bilety wyprzedawały się w rekordowym tempie, a kolejne informacje o tym, co czekać będzie na nas pod koniec maja w Gliwicach, uświadamiały wszystkich, że szykuje się kolejny niezapomniany event dużego kalibru – jak kiedyś, kiedy takowe zdarzały się kilka razy w roku. Moja przygoda z muzyką elektroniczną rozpoczęła się ponad dekadę temu. Przez ten czas dane mi było bawić się na kilkudziesięciu zarówno polskich, jak i zagranicznych eventach. Przemierzając nierzadko setki kilometrów śladami mojego idola i doświadczając niesamowitych przeżyć, nie mogłem i tym razem nie pojawić się na tak ważnym wydarzeniu w naszym kraju.

Pamiętam jak dziś, co działo się osiem lat temu we Wrocławiu – byłem przy produkcji ASOTA 450 i z wielkim zaangażowaniem uczestniczyłem we wszystkich przygotowaniach: począwszy od sprzedaży biletów czy budowy sceny na wizycie w studiu Armina kończąc. Na tamte lata był to event po prostu doskonały, a każda rzecz dopracowana w najmniejszym szczególe składała się na sukces tamtej edycji. 

Nigdy nie zapomnę jak wrocławska Hala Stulecia pękała w szwach, kiedy Armin van Buuren wyszedł i rozpoczął swój dwugodzinny set. W zeszłą środę mieliśmy okazję ponownie celebrować okrągły epizod radiowej audycji najpopularniejszego trancowego DJ-a na świecie.  I najpopularniejszego z wszystkich, jeśli chodzi o zasięgi jego cotygodniowej audycji A State of Trance. Ja również jestem wśród tych 30 milionów fanów jego radioshow, czwartkowy wieczór z Arminem to od lat co pozycja obowiązkowa, doskonała recepta na poprawę humoru, zrelaksowanie się po ciężkim dniu, oderwanie się od szarej rzeczywistości  i poznanie wielu świeżych muzycznych perełek.

Chyba każdy z uczestniczących w ASOT 450 marzył o tym, by ASOT 850 udał się co najmniej tak samo dobrze. Jak było w rzeczywistości? Zacznijmy od początku – pod Arena Gliwice przybyliśmy około godziny 21. Kolejek nie uświadczyliśmy, więc wejście odbyło się szybko i sprawnie. Po krótkim zapoznaniu się z nowym obiektem, udaliśmy się na trybuny w oczekiwaniu na pierwsze intro dzisiejszego wieczoru. Moją uwagę przykuła scena, która była bardzo podobna do tej z wrocławskiej edycji sprzed ośmiu lat. Przednie ekrany pomiędzy którymi zamontowane były stroboskopy oraz mnóstwo ruchomych głów. Zabrakło za to zwisających LED-owych sopelków, które w przypadku holenderskiej edycji robiły niesamowity efekt i były wręcz głównym elementem tamtejszej oprawy.

Tuż po godzinie 22 ruszyła machina – trzeba podkreślić, że ruszyła nieśmiało, wręcz niepozornie. 

Spodziewałem się mega petardy, mocnego rozpoczęcia, rodem z zagranicznych imprez. Tymczasem zupełnie bez fajerwerków (dosłownie i w przenośni) usłyszeliśmy bardzo krótką zapowiedź pierwszych artystów. Najkrótsze intro w historii? Bardzo możliwe, właściwie to poczuliśmy się tak, jakby intra nie było w ogóle.

Na scenie pojawili się Holenderzy – Ruben de Ronde w duecie z Rodg, których set okazał się świetnym warm-upem przed głównymi gwiazdami tej środowej nocy. Mogliśmy usłyszeć m.in: „Intergalactic” oraz „Rainbow”, które trzydziestopięcioletni Holender (Ruben) stworzył z djem Estivą. Panowie grali w większości swoje produkcje, albo kawałki które sami zremiksowali. Gliwicka Arena powoli zaczynała się zapełniać, a ja z niecierpliwością czekałem na występ Khomhy.

Kolumbijczyk pojawił się godzinę przed północą i zatrząsł parkietem jak na niego przystało. Jak dobrze było usłyszeć nieco starsze, wciąż świetnie brzmiące produkcje –  ponadczasowe „Fly Away” w jego własnym remiksie, to rzecz z roku 2000, która ostatnio bardzo często pojawia się podczas jego eventowych występów. „As The Rush Comes” to kolejna perełka, która popłynęła z głośników. Dwudziestosiedmiolatek słynie z grania dużej ilości mash-upów w swoich setach. Stąd też ciekawym połączeniem okazało się nieśmiertelne już „Children” wraz z „Sun and Moon” od duetu Above & Beyond.

Publiczność zgromadzona w Arenie dosłownie odleciała. Wybuchające konfetti i szalejące światła sprawiły, że nie sposób było stać w miejscu. Parkiet zapełniał się z każdą minutą, a Kolumbijczyk serwował nam kolejne perełki. „Kernkraft 400” to kawałek z roku ’99, który w połączeniu z „We Come One” Faithless pozamiatał nie tylko mnie. Było też zawsze skuteczne, nieśmiertelne “Silence”, właściwie każda kolejna nuta powodowała jeszcze większą euforię publiczności – chyba nie tylko ja myślałem wtedy, że Khomha bardzo wysoko postawił poprzeczkę i ciężko będzie przebić jego genialny wręcz występ. A komentarze na forach świadczą o tym, że po ostatnim występie przybyło mu z naszego kraju bardzo dużo nowych fanów.

Tuż po północy miał pojawić się Dash Berlin. Jednak kilka godzin wcześniej otrzymaliśmy informację od organizatora, że z powodu choroby występ został odwołany. Z początku było nam trochę przykro, tym bardziej, że Dash zapowiedział godzinnego „Classic Seta”, którego zaserwować miał specjalnie dla polskiej publiczności. Zwłaszcza, że nie byliśmy pewni, jak zareagują na to organizatorzy i kto zamiast Dasha pojawi się przed Arminem. Na szczęście szybko przestaliśmy się tą nieobecnością przejmować, bo na scenie pojawił się sam gospodarz imprezy – nikt inny, jak sam Armin van Buuren! Jego wejście dosłownie rozsadziło gliwicką Arenę. Główna gwiazda środowej imprezy rozpoczęła swój występ od nieznanego dla większości kawałka, który wystrzelił wszystkich z butów – produkcja stworzona prawdopodobnie ze współpracy z Vini Vici grana była 20 maja na Electric Daisy Carnival w Las Vegas:

Nagłośnienie dopiero wtedy rozkręcone zostało na miarę swoich możliwość i jeśli chodzi o dźwięk, to w tej kwestii organizatorom nie mamy nic do zarzucenia. Było czysto, głośno i na światowym poziomie.  Ogromna ilość pirotechniki, potężny bass kick, spadające serpentyny, to wszystko sprawiło, że początek występu Holendra zapamiętamy na długo.

Armin rozkręcał się powoli, z początku serwując nam nieco starszy kawałek „Electronic Malfunction”, który nawet w dobie dzisiejszych twórczości okazuje się prawdziwym parkietowym killerem. Równo o godzinie pierwszej z głośników już po pierwszych sekundach usłyszałem nieśmiertelny motyw „Orbion”, któremu towarzyszył pierwszy strzał laserów. To moment, kiedy wszyscy , zarówno Ci na parkiecie, jak i na trybunach poderwali się do zabawy. Potem przyszedł czas na „This Light Between Us”, które Armin gra niezmiennie od jakiegoś czasu, następnie na klasyk „Ayla – Ayla”, czyli nutę sięgającą roku ’99. Osobiście bardzo lubię w setach Arminach to, że ostatnimi czasy stara się przeplatać nowe big-room’owe sztosy ze starymi kawałkami. Na te drugie liczyłem najbardziej, ale w przypadku ASOTA nie ma ich tak dużo, jak zdarza się to w przypadku cykli imprez z serii Armin Only. Cała hala rozświetlona została światłem stroboskopów, a z głośników popłynął hymn tegorocznego ASOTA, czyli „Be In The Moment”. 

Niesamowita energia, która towarzyszyła podczas seta Holendra jest po prostu nie do opisania. 

Gdy pomyślałem, że jest pod każdym względem bardzo intensywnie, z głośników popłynęło „Intense”… A chwilę później „Not Giving Up On Love” w jego autorskim mash-upie. Zaserwował nam również swoją jedną z najnowszych produkcji „Blah Blah Blah”, a ja nie schodziłem z parkietu nawet na chwilę, by nie przegapić żadnego kawałka.

Najbardziej w pamięci zapadł mi moment, kiedy usłyszałem nową produkcję Alexandra Popova „Popcorn” a cała scena dosłownie rozpędzała się, by na koniec rozświetlić halę całym arsenałem sprzętu wraz ze wszystkimi laserami. Powoli przyspieszające tempo utworu w breakdownie to świetny patent na rozbujanie publiczności, która wydawała się wtedy być w prawdziwej ekstazie. Czas płynął stanowczo zbyt szybko, chciałem, żeby Armin nie przestawać grać, a jednocześnie na pół godziny przed końcem seta zastanawiałem się, w którą stronę podąży Holender na koniec? Czy zaserwuje nam swoje stare, ponadczasowe kawałki, czy zagra mocno, wrzucając swoje najbardziej rozpoznawalne big roomowe sztosy? Wiedziałem, że to nie impreza z cyklu Armin Only i nie mogę spodziewać się aż takiej różnorodności, no i nie pomyliłem się. Armin dosłownie wskoczył na konsoletę, chwycił mikrofon i wykrzyczał na cały głos: „Gliwice, are you ready to rave?” Po czym rozwalił parkiet tech-trance’owymi uderzeniami. Na zakończenie serwował same mocne brzmienia, przepiękne uczucie, gdy szesnasto-tysięczna publika szaleje przy ostatnim kawałku „Great Spirit”, stworzonym wspólnie z Vini Vici. Napisy na ekranach: JUMP JUMP JUMP poderwały każdego. A sam Armin mówiący „Dziękuję Polska’” to z pewnością chwila, którą każdy z nas zapamięta na zawsze. Koniec? Nie do końca, na deser dostaliśmy jeszcze fantastyczny bis w postaci „Sunny Days”.

Bawiliśmy się na secie Armina wyśmienicie, trochę tylko brakowało mi w tym wszystkim świadomości, że jestem na celebracji ASOTA. Brakowało mi pokazania Armina w studiu, tych intr i wszystkich informacji ze studia, które tworzyły niesamowitą oprawę w roku 2010 we wrocławskiej Hali Stulecia. No cóż, najwyraźniej tym razem koncepcja była inna. Kilkanaście tysięcy imprezowiczów w Hali Gliwice przez te 3 godziny dawało z siebie tak samo dużo, jak sam Armin – euforia na parkiecie nie malała przez całe 180 minut, dawaliśmy radę! Piękny widok, piękne uczucie uczestniczyć w tak tłumnym świętowaniu muzyki, zabawy, radości – było wszystko: ogromny aplauz, reagowanie na dźwięki, skakanie najwyżej – byliśmy zsynchronizowani z muzą, z Arminem, byliśmy naprawdę razem!

Po występie głównej gwiazdy przyszedł czas na odpoczynek. Hala nieco opustoszała, a za sterami pojawił się nikt inny, jak sam John O’Callaghan. Wielu fanów unoszących melodii bardzo liczyło na tego pana, ale JOC chyba nie miał najlepszego dnia. 

Zamiast rozpocząć od jakiegoś spektakularnego intro, postawił na utwór rozpoczynający się od standardowego kicka, czym rozczarował już trochę na samym początku spotkania z nami. Jego set na pewno spodobał się wielu jego fanom, niestety dla mnie był to występ na jedno kopyto. Niczym wyjątkowym mnie nie porwał. Usłyszeć co prawda mogliśmy takie kawałki jak: „The Last Time”, czy też wokal Lucy Pullin w produkcji „Fall For You”. Miłośnicy brzmienia JOC-a mogli być usatysfakcjonowani, dla pozostałych John nie przygotował właściwie żadnych zaskoczeń, zwrotów akcji, kontrapunktów – po kolorowym w różne odcienie trance’u (i nie tylko) secie Armina set O’Callaghana wydawał się zbyt monotonny. Na pewno nie pomógł mu również fakt, że oprawa wizualna została po głównej gwieździe mocno ograniczona. Nie zapominamy jednak o tych, dla których był to jedyny tej nocy, stricte trance’owy set, i chociażby z tego powodu zasługiwał na docenienie. 

Nad ranem przyszedł czas na występ back to back dwóch Polaków: Indecent Noise’a i Artic Moona. Nasi rodzimi producenci, jak to można było wyczytać w komentarzach solidnie „dowalili do pieca”. 

Zaczęli od genialnego „Faces” w remiksie samego Alexa, a potem było równie ciekawie. Jedyni rodacy w line-upie postarali się, żeby w ostatnich minutach imprezy dużo się działo, klimaty muzyczne się zmieniały, żeby wszyscy twardziele, którzy zostali do końca, otrzymali coś dla siebie. Trzeba przyznać, że był to znakomity pomysł – dzięki temu wszyscy wydawali się zadowoleni. Zarówno ci, którzy lubią piękne breakdowny, jak i ci, którzy wolą, kiedy potęga beatów i basów stawia włosy na głowie. Były solidne kicki, świdrujące motywy, unoszące melodie, było też poczucie, że DJ-e za konsoletą sami świetnie się bawią i robią wszystko, żeby ta atmosfera udzieliła się również publiczności. Gubiliśmy buty na parkiecie przy wielu świetnych numerach – mi mocno zapadł w pamięć ‘Data Ghost’, który na potężnym, gliwickim nagłośnieniu wypadł wręcz miażdżąco.

No właśnie – nagłośnienie podczas ASOTA 850 w Polsce to był jeden z największych plusów imprezy. W oprawie wizualnej sporo nam zabrakło – wspomnianych wcześniej LED-owych sopli, większej ilości pirotechniki, laserów było jak na lekarstwo (choć to może pomysł Alda Events?). Natomiast jeśli chodzi o to, jak brzmiała muzyka – tu niektórzy z Was piszą, że ‘pod względem nagłośnienia najlepszy event ever’. 

Wiemy już zatem, że nowa hala Arena Gliwice ma świetne możliwości w kontekście akustyki i liczymy więc na to, że podczas Sensation 2018 również te warunki zostaną dobrze wykorzystane! Fajnie by też było, gdyby do października udało się wyeliminować problemy z dostępem do wody, z polityką żetonową i depozytową, zbyt małą liczbą obsługujących punkty gastronomiczne czy dystrybutory z piwem czy niezrozumiałymi decyzjami ochrony, która niektórych nie wpuszczała na parkiet czy na trybuny podczas seta Armina, innymi nie pozwalała wchodzić w tłum z wodą…

Piękna noc w Gliwicach w każdym razie potwierdziła po raz kolejny, że każde wydarzenie z Arminem to dla fana muzyki trance (i nie tylko) pozycja obowiązkowa. Armin van Buuren to po prostu megagwiazda, która tworzy spektakularne wydarzenia, dzięki którym czujemy się jak w Londynie, Amsterdamie czy Las Vegas. 

Świetne wizualizacje w połączeniu z wybuchową muzyką podawaną na rewelacyjnym, wbijającym w ziemię nagłośnieniu przez większą część imprezy dawały nam w Gliwicach wiele radości i poczucie wielkiego świata. Trochę szkoda ‘classic seta’ Dash Berlin, ale z drugiej strony zamiast tego mieliśmy aż 3 godziny z Arminem van Buurenem, czyli mogliśmy się poczuć prawie jak na Armin Only. Nie da się temu panu odmówić wyjątkowości, bardzo się on różni od większości innych DJ-ów. Nieważne czy gra na kameralnej, klubowej imprezie, czy największych festiwalach na świecie, zawsze wydaje się być blisko nas. Zawsze jest skoncentrowany na kontakcie z nami, jakby starał się najmocniej jak się da, żebyśmy byli zadowoleni, czy nawet zachwyceni. Prawie, jakby był z nami na parkiecie – rozpromieniony, zadowolony, szczęśliwy. 

Armin sprawia wrażenie człowieka, który cieszy się z każdej z chwili, kiedy może nam sprawiać radość, kiedy nas porywa wysoko w powietrze albo wzrusza pięknymi melodiami. Trudno się dziwić, że patrzymy potem na pełny parkiet niczym zapełniony stadion (tak właśnie wyglądało to z góry w Gliwicach), ludzie kochają przecież, gdy ktoś dla nich się stara, a Armin stara się mocno – widać to było, słychać i czuć, w takich chwilach nie ma się żadnych wątpliwości.Energia i zaangażowanie Armina pokazują, że naprawdę kocha to, co robi i zawsze jest w 100% gotowy, żeby w swoich setach i perfekcyjnie przygotowanym show oddać nam całego siebie. Czy to była najlepsza impreza z Arminem w naszym kraju? Dla mnie nie, trudno przebić choćby ASOT 450 we Wrocławiu. Ale cieszę się, że marka A State of Trance wróciła do Polski, że Arminowi znów udało się zgromadzić tak ogromne tłumy! Podczas imprezy również stanął na wysokości zadania i spowodował wysyp komentarzy w rodzaju:

“Ogólnie na ogromny plus i pozostaje teraz tylko pytanie – jak żyć dalej?”.

Tekst: Wiktor Woźniak

(pomagał: Marcin Żyski)

error: Nie możesz skopiować tej strony, bo to niezgodne z prawem.